|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Moja koza
Pamiętacie ten dowcip o ciasnym mieszkaniu, licznej rodzinie i kozie? Mam i ja swoją kozę i liczną rodzinę, temat domku z płyty paździerzowej przemilczę. T właśnie się zakwalifikował do szkolnej drużyny koszykówki dla juniorów. W zasadzie to amerykański egalitaryzm gwarantował miejsce każdemu chętnemu, ale rodzice musieli wyrazić zgodę na treningi i uczestnictwo w zawodach. T zadbał o to bardzo, kartkę do podpisu podsunął mi pod sam nos, tak że nie miałam szansy przeczytać, w czym rzecz i czy krwią własną mam się podpisać. Sam pilnuje odpowiedniego stroju (za dżinsy wylatuje się z drużyny), pamięta o treningach (trzy razy w tygodniu), wykazuje daleko posunięty entuzjazm. Nie miałam serca odmawiać, a jak się ma miękkie serce, to te trzy razy w tygodniu plus zawody, a przecież ma jeszcze turnieje szachowe, muszę odsiedzieć w szkole tej czy innej, a także zapewnić transport i opiekę dla jego rodzeństwa w tym czasie. W szkole na czas treningu lepiej dzieci nie zostawiać, bo czasem treningi są odwoływane w ostatniej chwili, więc te trzy razy w tygodniu będę w szkole spędzać dodatkowo półtorej godziny patrząc na celne i mniej celne rzuty do kosza i słuchając okazjonalnego jęczenia pozostałej progenitury. Myślicie, że odetchnę, gdy skończy się sezon koszykówkowy? Kozo nastąp się i idź na bok - tak serio całkiem, to cieszę się bardzo, że sam w nowej szkole, obcym kraju, zgłosił się, przypilnował nas w temacie podpisania odpowiedniego świstka, sam listę przyjętych sprawdził, wie, jak się ma ubrać, ale przede wszystkim chce mieć te dodatkowe godziny aktywności fizycznej i w końcu będzie brał udział w grze zespołowej. Doszliśmy do punktu, w którym świat gier zespołowych dla T nie zaczyna się i nie kończy na rugby. Czy ktoś próbował dziecko na rugby w Warszawie lub Dolinie Krzemowej zapisać? Jest to raczej awykonalne z powodu dojazdów chociażby. środa, 01 lutego 2012, ag_ag
|