|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Zapisy do szkoły - kontynuacja
Karty szczepień, sterta świstków i dzięki amerykańskiej biurokracji nie złożyłam jeszcze papierów w szkole G. Okazało się u lekarza, że na zły rodzaj wizyty zapisałam dziecko i nie mogą jej zaszczepić. Rodzaju wizyty w systemie też zmienić nie mogą (a w sklepie mogą wymienić jedne ciastka na inne, dziwne). W ogóle nie bardzo mogą pomóc według pielęgniarki, której moje dzieci się już boją. Według niej to G nawet do naszego pediatry nie była zapisana, co mi powiedziała na dzień dobry, zanim w systemie sprawdziła, bo to przecież niemożliwe, żeby była, bo on jest taki zajęty i ma tyyyyyylu pacjentów. Okazało się, że zapisana do niego już dawno była. Mina pielęgniarki - bezcenna (dobrze jej tak za straszenie moich dzieci). Szczęściem pediatra jest w porządku, tylko ta jedna pielęgniarka i sztywność systemu wyjątkowo mi na nerwy działają. Dziś za drugim podejściem udało się podać G brakujące szczepionki i zrobić jej próbę tuberkulinową (obowiązuje wszystkie dzieci urodzone lub przebywające kiedykolwiek ponad miesiąc poza Kalifornią przed rozpoczęciem szkoły). Jak pisałam wyżej, pediatra jest bardzo w porządku, więc nie potraktował mnie dziwnie, gdy poprosiłam o niepodawanie połowy z listy szczepień, które dla G system przygotował. Tylko te obowiązkowe. Staram się nie szaleć w temacie szczepień i dzieci z zasady szczepię, ale do tej pory każde miało indywidualny, dopasowany do cech osobniczych kalendarz szczepień, a nie taki z komputera. Unikam nadmiernego szczepienia, w szczególności nie chciałabym jej podać 8 szczepionek na raz (to by było 6 wkłuć plus próba TB), co uważam za nadmiar szczęścia dla czteroletniego dziecka w ciągu jednej wizyty. Na tym mi mijały ostatnie dni - na szalonym parkowaniu pod szpitalem i załatwianiu różnych papierków do szkoły. Porównując polski system opieki zdrowotnej dla dzieci, portugalski i amerykański, z przykrością stwierdzam, że amerykański jest dziwny w porównaniu z polskim i portugalskim. Dziś G się w gabinecie rozszlochała, że ona chce do swojego doktora Sandro, który nigdy nie kazał jej zakładać dziwnego ubranka, w którym jej zimno było, który ją szczepił u mnie na kolanach i był fajny. Nasza polskie pielęgniarki były takie se, ale w porównaniu z tą amerykańską to były anioły życzliwości i zrozumienia. A nasi warszawscy lekarze są super. Ten amerykański doktor jest ok, ale sztywność systemu psuje całe dobre wrażenie, jakie robi lekarz. czwartek, 09 lutego 2012, ag_ag
Komentarze
sedice
2012/02/09 09:17:40
oj zaczyna mi się podobać ten blog coraz bardziej ;)
2012/02/09 23:49:49
Tak. Cóż, w Portugalii jedna lekarka zaczęła przyjmować be zapisów i okazało się, że nie ma kolejek.... Wszystkich się dało obsłużyć, co najwyżej pacjent musiał godzinkę poczekać (ale z zapisami to się przecież i tak czeka godzinkę, albo dłużej). No i co? Prawie doktorkę wyrzucili z roboty bo niezgodnie ze sztuką leczy -- czy coś równie głupiego. To nie lekarz jest dla pacjenta w mniemaniu większości Doktorów....
Jakoś przywykniesz (tam pewnie nie jest gorzej niż gdzie indziej) ;-) 2012/02/11 18:51:41
Gorzej nie, jest inaczej. A teraz przed nami najtrudniejsze miesiace emigracji według znawców tematu, pewnie stąd moje jęczenie :D Na szczęście dziecko nr 3 zapisano do szkoły, więc jedna gonitwa z głowy. Cała sterta papierów była wypełniona poprawnie i zgodnie z prawem stanu Kalifornia (testy tuberkulinowe i szczepienia).
|