RSS
piątek, 17 lutego 2012
Nowe słówka - tutor

Znaczenie słowa tutor tajemnicą nie jest, ale piszę o nim jako o nowym, gdyż przed wyjazdem do Stanów nie spodziewałam się, że tu kwitnie biznes korepetycyjny. Mało tego, nasz okręg szkolny jest zagłębiem korepetycyjnym. W pobliskiej szkole praktycznie każde dziecko ma korepetytora i szkoła uważa, że tak jest w porządku.

Jednym z polskich stereotypów na temat Ameryki jest ten, że szkolnictwo tu leży i kwiczy, a każdy ćwierć-inteligent sobie poradzi. Nie wiem, co z resztą Stanów, ale w Kalifornii matematyka w szkole podstawowej jest na bardzo wysokim poziomie. Mój dziewięciolatek właśnie skończył z ułamkami, a teraz wszedł w świat liczb ujemnym. Gdy porównuję program matematyki dla dzieci w jego wieku w Polsce, to są to dwie różne historie. 

Z jednej strony mamy wysokie wymagania szkoły i duży nacisk na rodziców, by z dziećmi pracowali, a gdy nie mają takiej możliwości, to zatrudniają korepetytora. Z drugiej strony -  wysokie wymagania programowe i nacisk na szkoły, by dzieci miały dobre wyniki rocznych egzaminów. Jedno i drugie jest ze sobą ściśle powiązane, ale przewrotnie chcę spytać, czy umiejętność rozwiązywania standardowych testów rocznych to wszystko, o co chodzi w edukacji? I dlaczego stan Kalifornia więcej pieniędzy przeznacza na więzienia niż na szkoły? Może dofinansowanie szkół byłoby rozwiązaniem? Fajnie by było zdjąć presję z nauczycieli, którzy muszą się wykazać rocznymi wynikami swoich uczniów, zdjąć presję z rodziców, którzy oprócz płacenia wysokich podatków i dofinansowywania szkoły (vide składka na PTA - lokalny odpowiednik Komitetu Rodzicielskiego) ponoszą jeszcze koszty korepetycji.

Pomarzyć dobra rzecz, a póki co trzeba się cieszyć, że moje dzieci radzą sobie z rzeczywistością edukacyjną. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby zatrudniania tutora, że się posłużę tubylczą terminologią celem przybliżenia Odbiorcy realiów lokalnych.

środa, 15 lutego 2012
Tetherball

Niedawno siedziałyśmy sobie z rdzenną Kalifornijką na boisku szkolnym i w oczekiwaniu na naszych synów rozmawiałyśmy o dziecięcych grach z użyciem piłki. T była zdziwiona, że w Polsce nie gramy w tetherball, czyli piłkę na uwięzi, ani nie znam czterech kwadratów. Ona po raz pierwszy usłyszała o zbijaku i nie była tą grą oburzona, że taka okrutna, bo obiektywnie dla Amerykanina wydaje się okrutna - tak rzucać w siebie piłką celem trafienia. W naszym okręgu szkolnym, gdzie obowiązuje zasada zera tolerancji to by nie przeszło, ale T trzyma z ekspackimi mamami, więc się raczej nie dziwi.

Tetherball, to ukochana gra mojego A. Już zapowiedział, że w Warszawie na placu zabaw postawimy słupek, żeby w nią grać. Gra polega na rzucaniu piłką przywiązaną sznurkiem do wysokiego słupka. Grają dwie osoby, każda na swojej połowie. Celem gry jest okręcenie sznurka od piłki wokół słupka tak, by się zatrzymała. Przeciwnik ma odbić piłkę na swojej połowie, by nie dopuścić do tego zatrzymania.

Na szkolnym boisku jest kilka slupków z łańcuchami do przyczepienia piłki na sznurku. Właśnie taką A zakupiliśmy - ileż było radości. Już o 10 rano w niedzielę przed wyjazdem do oceanarium musieliśmy jechać na boisko szkolne, choć na 5 minut, by nową piłkę przetestować. Teraz już wiem, co mnie czeka - będę musiała przesiadywać na terenie szkoły do późnego wieczora, bo odciągnąć A od tetherball, zanim dostał swoją piłkę i grał z kolegami czyjąś, było trudno, teraz, gdy ma własną, będzie to niemożliwe... 

wtorek, 14 lutego 2012
Walentynki i nie tylko

W szkole walentynkowe szaleństwo. Dzieci szykują kartki z tej okazji dla każdego innego ucznia w klasie i dla nauczycielek, a także rodziców i rodzeństwa. Dostałam już ich z pięć, z każdej się cieszę, bo każda mnie informuje, że A bardzo nas wszystkich kocha. A napisał je po polsku, więc ich pisownia jest bardzo twórcza, co jest dodatkowym czynnikiem przywołującym uśmiech na twarz.

A z innej strony i to dosłownie, bo kalifornijskiej - wczoraj mieliśmy trzęsienie ziemi o sile 5,5 w wiadomej skali. Na dalekiej północy stanu. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał.

poniedziałek, 13 lutego 2012
Tak w ogóle to dlaczego?

Pisałam już, że przed pierwszym wyjazdem z dziećmi pytano mnie dość często, czemu wyjeżdżamy z dziećmi za granicę, bo obiektywnie w Polsce nam jak pączkowi w maśle. Nie ruszyliśmy w świat, dlatego że kraj ojczysty taki zły i żyć się tam nie, wręcz przeciwnie, Polska jest fajnym krajem do mieszkania, co z perspektywy emigracji doceniamy dodatkowo, ale też nie jest miejscem idealnym. Ma swoje zady i walety. Choć też nie o poszukiwania idealnego miejsca do życia idzie, czy problemy w komunikacji z rodakami, czy jakąkolwiek ucieczkę od polskiej rzeczywistości.

Przyczyna jest banalnie prosta - my tak lubimy. Ciągnie nas. Nie twierdzę, że za czas jakiś nie zaprzestaniemy tego procederu włóczykijstwa, ale na razie jest dobrze i fajnie, na razie świat jest tak ciekawy. A do kraju planujemy wrócić.  

Co na to dzieci i co ze stabilizacją, której tak potrzebują? Nasze dzieci są jak i my, co z radością stwierdzam. Też lubią podróżować. Pierwsze pytanie po paru tygodniach po powrocie do Polski brzmiało, kiedy znów wyjeżdżamy. A świat obecnie jest globalną wioską, bardzo się nam skurczył.

Stąd proste rozwiązanie tego problemu - to jest kwestia osobnicza, jeden będzie szczęśliwy mieszkając całe życie na tej samej ulicy i w tym samym domu, inny musi się przenosić z miejsca na miejsce. Żadne rozwiązanie nie jest gorsze, o ile zdajemy sobie sprawę z tego, co nam daje radość.

A Wy jak wolicie? Żywot stacjonarny czy nomada?

czwartek, 09 lutego 2012
Zapisy do szkoły - kontynuacja

Karty szczepień, sterta świstków i dzięki amerykańskiej biurokracji nie złożyłam jeszcze papierów w szkole G. Okazało się u lekarza, że na zły rodzaj wizyty zapisałam dziecko i nie mogą jej zaszczepić. Rodzaju wizyty w systemie też zmienić nie mogą (a w sklepie mogą wymienić jedne ciastka na inne, dziwne). W ogóle nie bardzo mogą pomóc według pielęgniarki, której moje dzieci się już boją. Według niej to G nawet do naszego pediatry nie była zapisana, co mi powiedziała na dzień dobry, zanim w systemie sprawdziła, bo to przecież niemożliwe, żeby była, bo on jest taki zajęty i ma tyyyyyylu pacjentów. Okazało się, że zapisana do niego już dawno była. Mina pielęgniarki - bezcenna (dobrze jej tak za straszenie moich dzieci).

Szczęściem pediatra jest w porządku, tylko ta jedna pielęgniarka i sztywność systemu wyjątkowo mi na nerwy działają.

Dziś za drugim podejściem udało się podać G brakujące szczepionki i zrobić jej próbę tuberkulinową (obowiązuje wszystkie dzieci urodzone lub przebywające kiedykolwiek ponad miesiąc poza Kalifornią przed rozpoczęciem szkoły).

Jak pisałam wyżej, pediatra jest bardzo w porządku, więc nie potraktował mnie dziwnie, gdy poprosiłam o niepodawanie połowy z listy szczepień, które dla G system przygotował. Tylko te obowiązkowe. Staram się nie szaleć w temacie szczepień i dzieci z zasady szczepię, ale do tej pory każde miało indywidualny, dopasowany do cech osobniczych kalendarz szczepień, a nie taki z komputera. Unikam nadmiernego szczepienia, w szczególności nie chciałabym jej podać 8 szczepionek na raz (to by było 6 wkłuć plus próba TB), co uważam za nadmiar szczęścia dla czteroletniego dziecka w ciągu jednej wizyty.

Na tym mi mijały ostatnie dni - na szalonym parkowaniu pod szpitalem i załatwianiu różnych papierków do szkoły.

Porównując polski system opieki zdrowotnej dla dzieci, portugalski i amerykański, z przykrością stwierdzam, że amerykański jest dziwny w porównaniu z polskim i portugalskim. Dziś G się w gabinecie rozszlochała, że ona chce do swojego doktora Sandro, który nigdy nie kazał jej zakładać dziwnego ubranka, w którym jej zimno było, który ją szczepił u mnie na kolanach i był fajny. Nasza polskie pielęgniarki były takie se, ale w porównaniu z tą amerykańską to były anioły życzliwości i zrozumienia. A nasi warszawscy lekarze są super. Ten amerykański doktor jest ok, ale sztywność systemu psuje całe dobre wrażenie, jakie robi lekarz.

czwartek, 02 lutego 2012
Dzień świstaka

Niestety, Phil zobaczył swój cień. Zostało nam 6 tygodni zimy. A w szkole była cała lekcja o Philu z Pensylwanii.

Osobiście liczyłam na ocieplenie. Wiem, wiem, 16 stopni na plusie to wypas w porównaniu z aktualną pogodą w Polsce, ale mimo wszystko marzniemy. Poprzewracało się w głowach z dobrobytu.

środa, 01 lutego 2012
Moja koza

Pamiętacie ten dowcip o ciasnym mieszkaniu, licznej rodzinie i kozie? Mam i ja swoją kozę i liczną rodzinę, temat domku z płyty paździerzowej przemilczę.

T właśnie się zakwalifikował do szkolnej drużyny koszykówki dla juniorów. W zasadzie to amerykański egalitaryzm gwarantował miejsce każdemu chętnemu, ale rodzice musieli wyrazić zgodę na treningi i uczestnictwo w zawodach. T zadbał o to bardzo, kartkę do podpisu podsunął mi pod sam nos, tak że nie miałam szansy przeczytać, w czym rzecz i czy krwią własną mam się podpisać. Sam pilnuje odpowiedniego stroju (za dżinsy wylatuje się z drużyny), pamięta o treningach (trzy razy w tygodniu), wykazuje daleko posunięty entuzjazm. Nie miałam serca odmawiać, a jak się ma miękkie serce, to te trzy razy w tygodniu plus zawody, a przecież ma jeszcze turnieje szachowe, muszę odsiedzieć w szkole tej czy innej, a także zapewnić transport i opiekę dla jego rodzeństwa w tym czasie. W szkole na czas treningu lepiej dzieci nie zostawiać, bo czasem treningi są odwoływane w ostatniej chwili, więc te trzy razy w tygodniu będę w szkole spędzać dodatkowo półtorej godziny patrząc na celne i mniej celne rzuty do kosza i słuchając okazjonalnego jęczenia pozostałej progenitury.

Myślicie, że odetchnę, gdy skończy się sezon koszykówkowy? 

Kozo nastąp się i idź na bok - tak serio całkiem, to cieszę się bardzo, że sam w nowej szkole, obcym kraju, zgłosił się, przypilnował nas w temacie podpisania odpowiedniego świstka, sam listę przyjętych sprawdził, wie, jak się ma ubrać, ale przede wszystkim chce mieć te dodatkowe godziny aktywności fizycznej i w końcu będzie brał udział w grze zespołowej. Doszliśmy do punktu, w którym świat gier zespołowych dla T nie zaczyna się i nie kończy na rugby. Czy ktoś próbował dziecko na rugby w Warszawie lub Dolinie Krzemowej zapisać? Jest to raczej awykonalne z powodu dojazdów chociażby.

wtorek, 31 stycznia 2012
Ruszyły zapisy do szkół

Dziś szkoły podstawowe zaczęły wydawać arkusze zgłoszeniowe dla dzieci, które w sierpniu zaczną naukę w zerówkach (kindergarten). Odstałam swoje w kolejce. Mogłam poczekać do środy na przykład, ale że potrzebny podpis lekarza, a wizytę mamy wkrótce, to wolałam to zrobić od razu, szczególnie, że kolejność zgłoszeń ma znaczenie, gdy będą dzieci rozdzielać do klas porannych i popołudniowych. Tak, w zerówkach mamy tu naukę zmianową, ale zajęcia trwają tylko trzy godziny.

Teraz przede mną wypisanie tych uroczych kwitów, jak mawiał pewien kolega z biura. A potem bieg przełajowy przez szpitalną biurokrację (nasi lekarze przyjmują w szpitalu), zebranie wszystkich poświadczeń i zaświadczeń, że faktycznie mieszkamy w okręgu szkolnym Cupertino i zaserwowanie ich szkole z szerokim uśmiechem.

Okazało się, że mnie obsłużono dziś sympatycznie i rzeczowo, co, niestety, nie zdarzyło się każdemu. Szkoły są przepełnione i nie wszystkie są w związku z tym przyjaźnie nastawione do świeżej ludności napływowej. Miejmy nadzieję, że i G, i jej koleżanka H, a także kolega O dostaną się do szkół rejonowych, które mają blisko domu i nie będą musieli dojeżdżać na lekcje żółtym autobusem z napisem Cupertino Union School District.

niedziela, 29 stycznia 2012
Children´s Discovery Museum San Jose

Byliśmy, obejrzeliśmy. Dzieci zachwycone, starsze może ciut mniej, ale G cała w uśmiechach. Muzeum trochę przypomina Pawilon Żywej Nauki w Lizbonie, ale jest dużo mniejsze i zdecydowanie zorientowane na mniejsze dzieci. Czterolatki będą zachwycone. Szczególnie fajna jest zabawa wodą, G prawie weszła do wody, nie przeszkadzało jej, że została ochlapana od stóp do głów, śmiała się w głos. T podobało się odkrywanie kości spod warstw piasku pędzelkiem, a A budował most.

http://www.cdm.org/viewPage.asp?mlid=125

sobota, 28 stycznia 2012
Yummy czyli mniam

Osiągnęłam punkt, w którym owo yummy wypowiedziane przez moją córkę w sklepie przy borówkach amerykańskich, przeraziło mnie. Powinnam się cieszyć, że dziecko angielski przyswaja z powietrza, ale gdzie się jej podziało polskie mniam? Mniam nie oddamy, o nie!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15