RSS
środa, 01 października 2014
A tymczasem w Sacramento

Gubernator Brown podpisał nową ustawę, która chroni dane uczniów. To najbardziej restrykcyjna ustawa tego typu w Stanach. Po raz pierwszy chyba jestem tak dumna z Kalifornii, która stanęła w obronie praw dzieci

Nie będzie można handlować danymi uczniów, a dane zebrane przez internet, aplikacje i innymi sposobami podlegają ochronie prawnej. Dodatkowo - dane zebrane w szkołach pozostają własnością okręgu szkolnego, a nie firmy, która wypuściła dane oprogramowanie czy usługę.

Szampana? Trzeba to opić. Wygraliśmy wielką sprawę. 'My' - bo osobiście byłam nieco zaangażowana w walkę o usunięcie pewnych aplikacji internetowych z naszej szkoły. Nie tylko prawo federalne wspiera teraz kalifornijskich rodziców w walce o ochronę danych dzieci, ale od poniedziałku również prawo stanowe. Tralalalala!

wtorek, 30 września 2014
Amerykański sennik

Zamerykanizowałam się. Zrobiła się ze mnie nadgorliwa matka z amerykańskiego przedmieścia klasy średniej. Sama siebie nie poznaję. Nie, żeby to jakoś szczególnie złe było, bo takim nie jest, ale godzi w podstawę mojej wygodnej egzystencji, bo, jak pewnie jeszcze nie wiecie, ale słusznie się domyślacie, moją życiową maksymą dotyczącą rodzicielstwa jest twierdzenie, że matka szczęśliwa to matka odrobinę leniwa. O szczęście osobiste należy dbać, więc zaskoczeniem wielkim był dla mnie mój ostatni sen.

Zbliża się właśnie nabór do orkiestry szkolnej i A zapragnął w niej grać. Podobnie jak prawie wszyscy czwarto- i piątoklasiści, którzy jeszcze w niej nie grają. Wymarzył sobie chłopak w orkiestrze dętej grać. I od końca trzeciej klasy tylko o tym. Zatem z okazji tegorocznych zapisów do orkiestry, wypisałam kwity i czek, odstałam swoje na poczcie i wysłałam zgłoszenie, bo w tym roku trzeba to zrobić drogą pocztową. Cud-miód-i-orzeszki, ale czego się nie robi dla pasji, mimo że się dobrze pamięta pierwsze tygodnie Pierworodnego z puzonem. Przetrwaliśmy, a A nie chce grać na puzonie, bo przecież ten już w domu mamy, więc nudno by było.

W przypadku A nabór polega na losowaniu, wyniki w przyszłym tygodniu.

Tyle tytułem wstępu, byście znali tło mojego snu nadgorliwego.

Śniła mi się lista przyjętych do orkiestry i nerwowe szukanie A na niej… Chyba jednak to przeżywam. Trochę. Proszę o kciuki dla A. I ciepłe myśli w intencji powrotu moich leniwych snów.

 

Dodam, że od jakiegoś czasu nie angażuję się specjalnie w szkołę dzieciąt, realizując przez to moje marzenie, by odbywała się ona obok i mimochodem. Pracę na rzecz szkoły w tym roku już wykonałam, prace domowe dzieci, które wymagają mojego wkładu ignoruję, o czym lojalnie poinformowałam nauczycieli stosownych, a po ostatnim występie A w szkole dyrekcja i jego nauczycielka omijają mnie szerokim łukiem. (A, który ma 9 lat,  odmówił podpisania klasówki numerem, komentując głośno, że on ma imię i nazwisko a nie numer i trudno mu racji odmówić).

czwartek, 11 września 2014
Nie pijcie krewetek!

Myślałam, że jestem jedyną wielbicielką krewetek w naszej rodzinie nuklearnej. Krewetki z czosnkiem i natką pietruszki w maśle, mniam.

Dziś po szkole, jak rzadko kiedy, A mi przypominał, że musimy odebrać T z gimnazjum. Był gotowy pieszo lecieć pod bramę gimnazjum, bo, jak twierdził, trzeba pomóc T. Wyskoczył z samochody, gdy zobaczył brata i pobiegł, żeby wziąć od niego puzon. Sam go zapakował do środka. I wtedy sobie przypomniałam, bo zobaczyłam w ręku T butelkę wypełnioną w 1/3 wodą ze snurkami w środku. Oświeciło mnie. Krewetki! T miał dziś przynieść do domu krewetki, które hodowali na lekcji biologii w szkole.

Gdy to sobie przypomniałam spojrzałam na butelkę wody, która stała koło mnie i zrobiło mi się słabo, bo przed sekundą bezwiednie wypiłam z niej łyk, a w środku było mniej więcej tyle wody, co w krewetkach. Tak jakoś dziwnie mi się zrobiło. Raz, że średnia frajda wypić dziecku zwierzątka, a dwa, to czy ktoś chciałby być tą osobą, która w roztargnieniu spożyła wodę z wykluwającymi się zwierzątkami? I trzy, one są karmione żółtkiem jaja, a czy w szkole to żółtko było na pewno organiczne? Bo za domowe ręczę, a za szkolne wcale.

Horror i dramat w ciapki.

Na całe szczęście, T nie wypuścił butelki z krewetkami z ręki i mnie uspokoił, że ma je w ręku. Dlatego teraz mam w domu stado mini krewetek kręcących się w butelce po wodzie, a synowie moi zrobili na podłodze jajecznicę z organicznych jaj, bo są właśnie zajęci karmieniem swojej hodowli, którą w przyszłości planują mnie nakarmić. Już słyszałam plany o kopaniu basenu w ogrodzie, żeby mieć gdzie je hodować, już im cukru (organicznego) dosypali do wody i pouczają się, żeby nie jeść surowych jajek.

Nasz rodzinny film pewnie miałby tytuł – „Nie pijcie krewetek,” bo już dzieciętom powiedziałam, żeby pilnowali swojej hodowli, bo jak znam życie Nova może spożyć albo rozlać te, jak je T nazwał, „istoty, które już się wykluły.”

środa, 06 sierpnia 2014
Sierpień jest sierpniowy

Czekamy przebierając nogami na wiadomości z Polski. Tak, trzeba jeszcze trochę trzymać, więc produkuję niniejszym post wspierający pewną Gosię. Do odważnych świat należy. Cieszymy się z Wami i czekamy z radością na to wydarzenie.

środa, 30 lipca 2014
Wakacje

Mamy piękne upalne wakacje. Susza jak się patrzy, w tym roku bez klimy się nie da. Już przy 83F włączamy urządzenie, bo nie ma czym oddychać. Niestety, drzewko brzoskwiniowe nie utrzymało ciężaru owoców i straciło całą wielką gałąź.

A poza tym - baseniku w ogrodzie nie mam sumienia wystawić, bo trzeba zarządzeniem gubernatora wodę oszczędzać, oleander kwitnie jak szalony, a my mamy wolne.

Czas leniwo płynie w gorącym powietrzu. ZOO w San Francisco, California Academy of Sciences, Rancho San Antonio, Shoreline itd. itp. Lekcje pływania już się skończyły. Dzięki Bogu! W tym roku mnie strasznie wymęczyły. Nawet na Klub Książki nie chodzę, bo mam lenia chwilowo, za gorąco. Potrzebuję się wyłączyć, pobyć na aucie, w naszej własnej rodzinnej bańce mydlanej.

Oglądam Grey's Anatomy of początku. Mało czytam, ale dzieci czytają jak szalone. Nic nie musimy, dni leniwie płyną. Jemy nasze brzoskwinie. Jest fajnie, sielsko i anielsko pod bezchmurnym kalifornijskim niebem.

środa, 23 lipca 2014
Coexist

Takie coś sobie przeczytałam http://tonatyle.pl/podstarzale-mamusie-zagrozenie-ludzkosci/

Bardzo łatwo jest na podstawie raptem dwóch przykładów upraszczać i oceniać. 

Ludzie mają dzieci w różnym wieku, czasem zwyczajnie wcześniej nie mogą, czy nie trafili na odpowiedniego partnera. Do tego mają prawo później decydować się na dziecko lub nie mieć go wcale.

Ocenianie swojego dziecka, gdy ma ono raptem cztery lata, jako geniusza, jest zachowaniem ździebko na wyrost, bo jeszcze nie wiadomo, co z tego czterolatka wyrośnie. A już umiejętność zdejmowania czapeczki, czy też nie, nie świadczy o przyszłym sukcesie w życiu. 

Każda matka chciałaby, żeby to jej dziecko było tym super ach i och - wiadomo. Oczywiście są pewne trendy socjologiczne, na podstawie których można ocenić, że na przykład gra w szachy rozwija myślenie analityczne, a przesiewanie mąki do ciasta poprawia małą motorykę, ale są też wyjątki od nich. Czujemy się bezpieczniej, gdy możemy przewidzieć, co się stanie, więc chyba ta młoda mama czuje właśnie potrzebę zaklinania przyszłości, jak każdy z nas, bo chyba nikogo to nie omija do pewnego stopnia. 

Rodzicielstwo jest skokiem w nieznane, nie wiadomo, co nas czeka, jakie będzie nasze dziecko, jak my się odnajdziemy. Bycie człowiekiem jest związane z lękiem przed nieznanym. Każdy z nas z czymś takim walczy, ale to nie powód, by walczyć z własnymi strachami poprzez dokopywanie innym, bo to ja mam jedyną słuszną rację i powinno być właśnie tak, jak ja chcę. 

Nie ma jedynej słusznej drogi do szczęścia, każdy z nas musi znaleźć swoją. Ludzką rzeczą jest błądzić. Postulaty pod tytułem, po co nam dzieci takich rodziców są dla mnie straszne, bo na ziemi jest miejsce dla wszystkich i zasadniczo jest czas dla każdego na zmianę niepożądanych zachowań, a dla innych na naukę współistnienia z niedoskonałością, bo nie ma co ukrywać, każdy z nas jest bytem niedoskonałym. 

Boję się, że za chwilę zaczną przeszkadzać starsi ludzie, dzieci, niemowlaki, ci w czerwonych koszulkach i ci, co czytają gazety na przystankach, a może jeszcze inni? Zamiast szukać tego, co nas dzieli, chyba lepiej spojrzeć na to, co nas łączy? Może ta starsza mama miała trudny dzień? Może jej dziecko przeszło przez rehabilitację w niemowlęctwie?

Podpisano - Niedługo-Już-Czterdziestoletnia-Mama-Między-Innymi-Przedszkolaka :) 

czwartek, 12 czerwca 2014
To był dobry rok szkolny

Nie był rewelacyjny, ale zwyczajnie dobry. Wedle definicji Pareto dobry, w 80%.

Zwykle narzekam na to, co mnie drażni w amerykańskiej szkole, ale jest w niej zdecydowanie więcej rzeczy, które mi się podobają. Zaraz je wymienię.

A teraz o dzieciach. T jak zawsze – wzorowy uczeń, czego nie uważam za specjalnie zdrowe u chłopca w jego wieku, ale ma swój cel, do którego go prowadzi wysoka średnia. Chce wstąpić do młodzieżowej organizacji NJHS, która zajmuje się propagowaniem działalności na cele społeczne wśród najlepszych amerykańskich uczniów. Cel szczytny, moim zdaniem, zatem nie marszczę się. Nie dość, że się dobrze uczy, gra na dwóch instrumentach, chce się zajmować młodszymi dziećmi, to jeszcze marzy mu się działalność społeczna. Chyba coś dobrze robimy jako rodzice. Oby tak dalej.

A miał trudny rok, bo przez kilka miesięcy dokuczało mu upiorne duo dwóch koleżków z klasy. Nie tylko jemu, jak się później okazało. Poradził sobie i wyszło, że nie jest więdnącym bluszczem i potrafi się odciąć. Cenna umiejętność. Stopnie całkiem, całkiem. Do tego potrafi sobie odpuszczać nieistotne sprawy i ma talent do prezentowania referatów, bo chyba tak można nazwać to, co robili w klasie. Nie boi się występów publicznych. Gra na pianinie i jak gra, to słychać, że to może i Grieg napisał dany utwór, ale to A go interpretuje.

Swoją ścieżką jest to niesamowite, że obaj moi synowie grają na pianinie w zupełnie innych stylach. Od razu słyszę, który gra, nie muszę patrzeć.

Panna G się popisała i w trzecim trymestrze złapała wiatr w żagle i dziś dostała same pochwały na jej temat, że pięknie samodzielnie pracuje, a ja widzę, że ona znajduje w tym przyjemność. I jak ona śpiewa!

Oboje z A fajnie rysują.

A Nova? Nova się nam rozgadała. Mówi, jak ma na imię, ile ma lat. Każdemu sąsiadowi i sąsiadce krzyczy ‘hi.’ Każdy pies na dworze, to ‘doggie,’ ale w domu mówi po polsku, za progiem się jej przełącza.

Koniec roku szkolnego zaliczony. U nas nie ma akademii, nie ma uroczystego wręczania świadectw, nie ma pęków kwiatów dla nauczycieli. Mamy za to krótszy dzień lekcyjny, nauczyciele dostają karty prezentowe, a świadectwo jest sprawą między uczniem, jego rodzicami, a nauczycielem. Złe to nie jest.

Co lubię w amerykańskiej szkole? Kolejność przypadkowa.

  •  Nie ma problemu z lekarstwami dla dzieci, które leki w szkole mieć muszą, czyli uczniowie mogą mieć przy sobie inhalator, jeśli lekarz tak każe, epipeny są u pielęgniarki.
  • Wycieczki są organizowane odgórnie i nie są taką partyzantką jak w Polsce. Koszt nie zależy od liczby uczestników.
  • Nie ma wycieczek kilkudniowych i zielonych szkół poza wyjazdem w piątej klasie na 3-dniowy obóz i kilkudniową wycieczką do Yellowstone w klasie ósmej. Reszta wycieczek jest jednodniowa w godzinach szkolnych.
  • Normalne jest, że dzieci noszą ze sobą obiad z domu. Termos z zupą nie budzi zdziwienia.
  •  Szkoła ma stałe godziny lekcyjne przez cztery dni. Jednego dnia w tygodniu lekcje trwają o pół godziny krócej.
  •  Szkolna orkiestra – ach i och. Dzieci grają na prawdziwych instrumentach. Mają koncerty. I całkiem nieźle im to wychodzi.
  • Nauczyciele są dostępni mailowo. Cokolwiek się dzieje, kontaktują się.
  • Jedno zebranie klasowe w roku i jedna wywiadówka, w czasie której ma się 20 minut na rozmowę z nauczycielem o swoim dziecku. Naturalnie jest to spotkanie jeden na jeden. Można więcej, ale trzeba się umawiać, z czym nie ma problemu.
  • Nie trzeba zmieniać butów, nie ma szatni, tylko wieszaki w klasie.
  • Dzieci nie dźwigają książek. Tylko puzon (jak w przypadku T). W gimnazjum mają dwa zestawy podręczników – jeden dostają do domu, drugi mają w klasie. Kto nie miał swojego instrumentu, dostał na rok instrument szkolny.
  • Jest wyprawka, ale w porównaniu z polską jest ona bardzo ograniczona i znacznie mniej kosztowna.
  • Nie istnieją lektury szkolne w polskiej definicji tego pojęcia.
  • W gimnazjum, w szóstej klasie dzieci mają przedmiot „Czytanie,” z którego nie dostają żadnej oceny. Kto miałby ochotę na taki przedmiot w szkole? Cała lekcja na czytanie tego, co się chce, bo sobie sami wybierają. Książki do projektów też sobie sami wybierają.
  • W tym roku szósta klasa przerabiała poezję E. Dickinson. Mój T recytuje jeden z jej wierszy z pamięci. Jakiż potencjał na przyszłe randki, prawda?

 

-

Długo jeszcze bym mogła. Jednak wołają mnie wakacje. Trzeba jechać na lody i do biblioteki, a może nawet do parku? Zaraz wyślę zwiadowcę do ogródka, żeby sprawdzić, czy jest już ciut chłodniej.

 

poniedziałek, 02 czerwca 2014
Czasem zapominam

Zdarza się, że zapominam, że mam lęk wysokości, który czasem się we mnie włącza i nigdy nie wiem, kiedy to nastąpi, więc z zasady nie rezygnuję z atrakcji turystycznych na wysokości. W Paryżu nie miałam problemów, mimo że był wiatr i wieża się kołysała troszkę. Ale już na ażurowych schodach czy mostach na mniejszej wysokości potrafi mnie dopaść bez uprzedzenia i właściwie ściąć z nóg. 

W Wielkim Kanionie postanowiłam naiwnie, że czymże dla mnie będzie Skywalk, czyli szklana platforma zawieszona nad Kanionem. Czymże właściwie? A jakby tego było mało, wzięłam sobie uparcie Novą w chuście, bo tak. Po dwóch krokach wymiękłam, ale wrócić nie można było, bo bym żałowała. Zatem, nerwowo trzymając się balustrady, pokonałam całą platformę. Nie żałuję i choć już napisałam, że drugi raz bym tego nie zrobiła, to wykasowałam to, bo, mimo tego, że nie znoszę kolejek górskich, wesołych miasteczek, atrakcji na wysokości i nie przepadam za lataniem samolotem, to chyba bym to doświadczenie powtórzyła.

O Skywalki już pisałam, ot dziś serwujemy odgrzewane kotlety, bo mi artykuł w GW przypomniał te chwile grozy.

A tu fragment z Wyborki ze zdjęciem Skywalk. Tam byłam i strachu nie pokonałam, ale nasyciłam oczy Wielkim Kanionem.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/5,114944,16065137,Widok_zapierajacy_dech_w_piersiach_i____ten_stres_.html?i=12

wtorek, 13 maja 2014
Zakupy



Będzie konsumpcyjnie. Lubię nasze amerykańskie zakupy. Szczególnie spożywcze, bo wcale nie są skomplikowane i nie trzeba się nabiegać od sklepu do sklepu, a po dwóch dniach znów lecieć po kilogram mąki i pół kilo makaronu, bo się byli skończyli.

Od razu zaznaczę, że w kalifornijskich zakupach kluczowym słowem jest 'organiczny,' czyli z produkcji eko, ze stosownym certyfikatem. Staram się kupować zdrowe jedzenie, więc jajka tylko z certyfikatem, mąkę też, podobnie z kurczakiem itd. 

Mamy kartę do lokalnego odpowiednika Makro, tyle że Costco, bo o nim piszę, jest z definicji dostępne dla wszystkich, którzy wykupią kartę. Wcale nie trzeba mieć swojej firmy. Koszt karty to jakieś sto dolarów rocznie, przy naszej, bo mamy bardziej wypasioną, dostajemy od Costco procent za każdej wydanej u nich sumy, więc karta się zwraca. A że ja mam jeszcze ich kartę kredytową (nie powinnam się przyznawać publicznie), to dostaję extra kupony gotówkowe do wydania w Costco. To nie są zawrotne sumy, ale dość przyjemny sposób troski o klienta.
W Costco kupujemy chemię domową, ocet w galonowych butlach, mąkę w worku o pojemności 11kg. Jajka w wielkich wytłaczankach, masło w funtowych kostkach. Pieluchy dla Novej, pyszne maliny i pudła z puszkami sosu pomidorowego oraz mięso. Costco ma bardzo duży wybór podstawowych produktów, które są eko, np. mąka i jajka. Półprodukty raczej omijamy szerokim łukiem. Dla małej dużej rodziny, jaką jesteśmy, zakupy w Costco są wielką wygodą. Jeździmy tam średnio co dwa tygodnie. Tak, uprzedzając pytanie, mamy sporą zamrażarkę. W Warszawie mamy właściwie identyczną i wiem, że wejdzie do niej mięso z połowy świniaka. 

Poza Costco robimy zakupy w lokalnym warzywniaku, takim zupełnie jak polski, tyle że ma szerszy asortyment i można tam dostać chałwę i delicje, żurek i śledzie, a nawet salceson (pioruńsko drogi, ale raz nie zawsze, a dwa razy nie wciąż i od czego są pieniądze?). Jednak to są półprodukty. Za jakieś 70 dolarów można kupić zapas warzyw i owoców na tydzień dla naszej rodziny. I to jest bardzo tanio.

Naszym trzecim stałym punktem programu zakupowego jest Trader Joe's, czyli klasyczne amerykańskie delikatesy, gdzie można kupić sorbet z mango, pyszne lody waniliowe, sos tatarski z ostrymi papryczkami, jogurt grecki pełnotłusty, mleko kozie i czekoladę belgijską w funtowych tabliczkach (prawie 500g).

Okazjonalnie jeździmy na targ w Sunnyvale, gdzie długowłosy pan sprzedaje najlepsze ziemniaki świata, a pani w chusteczce na głowie - sadzonki, które moje dzieci kupują nałogowo (proszę nie pytać nawet, dzieci chcą być rolnikami). I pomidory, które wyglądają paskudnie, tzn. mają miejscami burawą skórkę i są małe, ale smakują lepiej niż ambrozja, o co z każdym olimpijskim bogiem się założę. Zakupy na tym targu są drogie, ale fajne. I można kupić pyszności. Do tego jest bezpiecznie i dzieci starsze chodzą tam luzem z własnymi pieniędzmi, i same wybierają, co sobie kupią.

Porównując - mam wrażenie, że zdecydowanie wolę amerykańskie zakupy. Polskich produktów mi nie brakuje bo nasz warzywniak sprzedaje przepyszne ogórki małosolne i kapustę kiszoną, która jest dobra, nie rzuca na kolana, ale ma przyzwoity smak. Brak mi natomiast portugalskiego Pingo, bo takiego wina jak w Portugalii nie ma nigdzie na świecie i kalifornijskie się nie umywa, a ryby z stamtąd biły na głowę wszystkie inne. Nie ma też co ukrywać, że wołowina w Słodkiej kropce była lepsza od amerykańskiej. Za Miśkami nie tęsknię wcale, jak pomyślę, ile wytłaczanek jajek masowej produkcji musiałabym kupować tygodniowo, to jakoś nie napawa mnie optymizmem myśl o zakupach w Warszawie. 

Do tego nie opuszcza mnie przeczucie, że zdrowe jedzenie w Kalifornii jest jednak tańsze i zdrowsze niż jego odpowiednik w Polsce. Aktualnie jemy najlepszy chleb na świecie, który w ramach nowego hobby wypieka duży T.

 

niedziela, 11 maja 2014
Mój amerykański Dzień Matki

Nie spodziewałam się aż takich obchodów, chyba te moje dzieci mnie lubią, mimo ewidentnych skaz w moim charakterze. Nikt nie jest doskonały, cóż innego mogę napisać?

Rano dostałam moje ulubione ciastko do łóżka. A do tego wykwintnego śniadania przygrywał mi A na pianinie. Nova pytała co chwilę, czy na pewno 'mniam-mniam.' Po czym informowała rodzeństwo, że mi smakuje. G się pięknie uśmiechała, a T zajął najlepszą miejscówkę koło mnie - przywilej pierworodnego. Dostałam jeszcze kawę i ciasteczka. A potem była herbata podana na niby w filiżankach lalczynych. Nova jest mistrzynią nalewania z imbryka dla lalek. A G uczy ją, że trzeba korzystać ze spodeczków. High life, proszę Państwa.

Poznałam też kulisy tych uroczystych obchodów. Wyszło na jaw, czemu G uparła się wczoraj jechać na zakupy razem ze swym ojcem i siostrą, choć otwartym tekstem została poinformowana, ze niczego nie będzie mogła sobie kupić (na takich zakupach wydają swoje kieszonkowe, niestety, głównie, na cukierki). Okazało się, że postanowiła pamiętać o mini-torciku dla mnie z naszej ulubionej cukierni. 

W piątek koleżanka-Amerykanka pytała mnie, który Dzień Matki obchodzę - polski czy amerykański. Oba, wszakoż jestem matką trójki małych Polaków i jednej mini Amerykanki. Logiczne, prawda?

Z najlepszymi życzeniami dla tych Mam, które dziś świętują, i 26 maja, i w oba Dni Matki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32