RSS
środa, 16 maja 2012
Baby shower

Uczestniczylam dzis w amerykanskim baby shower. To taka impreza dla przyszlej mamy, na ktorej sie celebruje ciaze.

Konkursy, pyszne smakolyki z roznych stron swiata, bo towarzystwo bylo tradycyjnie zenskie i miedzynarodowe. A dzidzius zostal zasypany prezentami. Mama kolegi starszego brata dzidziusia zrobila tort z pieluszek. Wiedzialam, ze takie rzeczy sie robi, ale pierwszy raz widzialam to na zywo.

Bardzo wzruszajace przyjecie. Wlasciwie to, zeby opisac te zyczliwosc i sympatie trzebaby wejsc w mocno ckliwe tony, ktorych wolalabym Wam oszczedzic.

Zatem w najblizszych dniach planuje udac sie na maly urlop macierzynski, zeby tu hormonami nie pisac.

Chyba nie bede zachlanna, jesli poprosze o kciuki i cieple mysli?

piątek, 04 maja 2012
Bez blogoslawienstwa instytucji sie nie liczy

Lokalne biblioteki sa super, jestem w nich zakochana. Jednak im dalej w las, tym bardziej instytucja rzadzi, czyli bedzie o bibliotece szkolnej.

A czyta i czytal. Glownie z biblioteki miejskiej, ale jako, ze nasze mienie przesiedlencze przede wszystkim skladalo sie z niezliczonych pudel z ksiazkami w czterech jezykach, to korzysta tez z domowych zasobow. Bylam taka dumna, ze dziecie przeczytalo z radoscia Hop on Pop na ten przyklad. Jednak dla szkoly nie ma to znaczenia i w ogole sie nie liczy jako umiejetnosc osobistego potomka.

Dla szkoly wazne sa tylko te pozycje, ktore dziecko pozycza z biblioteki szkolnej i ktore zostaja odnotowane w jego osobistej karcie, przez ktoras z moich kolezanek-bibliotekarek-ochotniczek. Czytanie w domu nie ma znaczenia, nie wpisuje sie w rejestr. I co z tego, ze Levitt pisal w drugiej czesci Freakonomics, ze dla rozwoju dziecka nie tyle wazne jest pozyczanie ksiazek z bibliotek, ile posiadanie ich w domu, z czym sie zgadzam. Tu sie liczy czytanie lektur wedlug okreslonego klucza. 

No to trudno, A czyta pozycje z biblioteki ku wscieklosci siostry, ktora do tej placowki dostepu nie ma, a chcialaby bardzo. Co ciekawe, T w ogole nie przynosi ksiazek z biblioteki szkolnej do domu. Trzyma je w klasie pod swoim krzeslem, zeby mu sie na przerwach nie nudzilo, bo kindla nie pozwalam zabierac do szkoly.

sobota, 28 kwietnia 2012
Slonce, cieplo i wielkie powroty

Pogode mamy znow na krem z filtrem o wartosci 50 (wiem, jestem tu nadopiekuncza matka, ale Kalifornia to top ten w kategorii zachorowalnosc na raka skory, no i opalenizna postarza, a takze jej fanka nie jestem szczegolna). Nawet rano ogrzewania w domu nie trzeba wlaczac. Dzieci do szkoly zaczely chadzac w krotkich porcietach. Z duzych sukcesow - sami zaczynaja pamietac o smarowaniu sie kremem z filtrem, co jest dla mnie duza ulga, bo szczerze nie lubie tego calego smarowania.

Wrocily kolibry, a wraz z nimi muchy i muszki oraz te fajne male jaszczurki, ktore w Portugalii wiosne mi czynily. Wiewiorki juz czatuja na orzechu, by nie przegapic pierwszych orzechow. Dodam, ze nigdy nie mialam zbyt dobrego zdania na temat inteligencji tych zwierzat. I, niestety, przekonalam sie osobiscie, ze moga one byc przyczyna wypadku drogowego, bo gluptaski szare wybiegaja na ulice, a nikt nie chce tu miec na sumieniu slodkiego i wielkookiego malenstwa z puszystym ogonem, nawet, jesli stworzenia te biegaja po ogrodzie, szczekajac glosno (tak, Donato, slyszalam w koncu ten szczek), czym doprowadzaja do wscieklizny mojego kota.

Bez okularow przeciwslonecznych trudno sobie wyobrazic codziennosc. 

Czyzby sie robilo optymistyczniej?

wtorek, 24 kwietnia 2012
My, ekspackie mamy z lokalnej podstawowki

Zycie przynosi wiele niespodzianek, niektore z nich sa malo fajne, a inne wrecz odwrotnie. Na przyklad, teraz w wyniku reinstalacji systemu operacyjnego na moim komputerze chwilowo, mam nadzieje, stracilam polskie znaki.

Dla osoby, ktora wlasciwie cale zycie spedzila na jednym warszawskim osiedlu, gdzie, nie ma co ukrywac, wiele osob sie zna, szczegolnie te mocno zasiedziale. Jak sie kogos zna, to zna sie rowniez jego rodzicow, czesto dziadkow, sasiadow, nauczycieli itd. Ot mala spolecznosc. Naturalnie, sa wyjatki, ale zawsze ktos zna kogos. Zycie ekspata jest inne. Wkracza sie w nowa spolecznosc, jest sie przybyszem, ktorego na poczatku spotyka nieufnosc. Nagle sie nie wie, gdzie isc po najlepsze bulki, z kim wypada zagadac pod szkola, jest sie samotnym.

Rok temu wiedzialam juz, ze to mnie po raz kolejny czeka. Nastepna przeprowadzka, kolejny kraj, nowe warunki zycia, z ktorymi bedziemy musieli sie zmierzyc. Kto nie ryzykuje, ten nie ma (w tej sytuacji nowych i potencjalnie ciekawych, choc niewatpliwie czesto frustrujacych, doswiadczen). 

Rok temu nie wiedzialam, ze moje dzieci beda odbierane ze szkoly przez moje kolezanki, ktorych istnienia jeszcze nie przeczuwalam. Nie wiedzialam, ze ja bede odbierac ich dzieci, ogladac popisy taneczne, a one beda sluchac prezentacji moich dzieci. To takie zaskakujaco surrealistyczne uczucie, przeciez my sie z wiekszoscia lokalnych kolezanek nigdy wczesniej nie widzialysmy, a jednak trzymamy sie tu razem. My, ekspackie mamy z lokalnej podstawowki. Znow mi sie udalo, wyladowalam na czterech lapach. Bardzo sie z tego ciesze, bo zycie na emigracji bez grupy wsparcia w postaci zyczliwych kobiet jest trudne, jesli nie awykonalne.

I nie zmienia to faktu, ze tesknie za moimi warszawskimi i portugalskimi przyjaciolmi. Choc juz nie jestem tu obca, co daje duze poczucie bezpieczenstwa. Jak rowniez faktem pozostaje to, ze czasem otwarcie sie na dopiero co poznanego czlowieka wymaga wiecej odwagi niz pisanie bloga. 

Czy w Waszym zyciu tez takie kregi wsparcia sa wazne? Czy wchodzenie w nowa spolecznosc jest trudne?

piątek, 20 kwietnia 2012
1% dla Małego Rycerza

Znamy się z Marzeną od lat. Poznałyśmy się, gdy właśnie oczekiwała na urodzenie się Samuela. Zawsze poruszała niebo i ziemię, by znaleźć dla niego i rehabilitację, i leczenie. W tym roku po raz pierwszy można 1% podatku przekazać na leczenie tego dzielnego chłopca, jeśli tylko możecie, ja również pięknie proszę o 1% dla niego.

Najbardziej skrótowe dane do przelania 1% dla Samuela to:
KRS 0000037904 
w pozycji "cel szczegółowy" należy wpisać: 15906 TOKARSKI SAMUEL 

A tu więcej informacji o tym odważnym Małym Rycerzu i jego nigdy nie tracącej wiary i ducha Mamie

 http://malyrycerz.blox.pl/2012/03/Pierwsz-oficjalna-ulotka.html

czwartek, 19 kwietnia 2012
Dwie leniwe świnie i cztery koźlątka

Korzystając z ferii wiosennych, miłego towarzystwa i cudnej pogody, wybraliśmy się na pobliskie Rancho San Antonio. Dzieci wyszalały się w swoim towarzystwie. Jednak punktem głównym programu były dwie leniwe świnie i 4 maleńkie koźlątka. 

Wiem, miałam pisać o życiu w Ameryce, ale nasze życie tu i teraz sprowadza się do takich prostych radości, bo o sezonie podatkowym przemilczę, gdyż nic nie rozumiem z kalifornijskiego prawa podatkowego poza tym, że im się ma więcej dzieci, tym mniej podatku się płaci. 

Dziecięta w radosnych podskokach pobiegły oglądać dwutygodniowe koźlątka. Jedna z kóz na ranczu urodziła czworaczki, a druga - trojaczki. Prześliczne, wyglądały jak białe spaniele z kopytkami. Jedna z osób, które również korzystały z uroków tego miejsca, popatrzyła na mnie i koleżanki z licznym stadem dzieci nas otaczających i pokazała nam kozią matkę czworaczków, która akurat uciekła na beczkę przed swoimi roszczeniowymi dziatkami, mówiąc, że matka czworga potrzebuje chwili dla siebie. Obśmiałyśmy się z M i A, czyż nie jest tak, że każda matka tego potrzebuje? Choć momentu na zebranie myśli.

Zatem myśli zebrawszy, poszłyśmy za dziećmi naszymi, które już się zaśmiewały na widok dwóch leniwych świń. One wcale nie były takie leniwe, raczej rączo kłusowały po wybiegu - jedna czarna, druga różowa. Każda większa od największego z dzieci obecnych na wycieczce.

Przekąska, bo jakże bez niej, skoro dzieci tłum, miała miejsce w ponad stuletniej stodole, bez dwóch bocznych ścian. Czułyśmy się jak na planie filmu o Amiszach.

Załączam link do tej farmy, gdzie można sobie obejrzeć zdjęcia zwierząt (koźlątek, niestety, nie ma i stodoły) http://www.fodhf.org/

środa, 18 kwietnia 2012
Widokówka

Raz w tygodniu zamiast wpisu będę tu publikować widokówki. Chcę się podzielić widokami, które mnie zachwyciły, zadziwiły, zatrzymały w codziennym pędzie. 

Wracam do tego zwyczaju, może się tym razem uda.

Kaktusy

Kaktusy w misji Santa Barbara

niedziela, 15 kwietnia 2012
Early Birds i Late Birds

Jak myślicie, czy lepiej być skowronkiem, czy też sową? Jak się okazuje, to zależy, jak wszystko i zgodnie z podstawowym prawem fizyki, stanowiącym o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Rzecz o zerówce, bo jeśli chodzi o opłaty za zajęcia dla dzieci lub inne atrakcje dla dorosłych również, np. bilety w przedsprzedaży, to opłata skowronkowa jest z reguły niższa niż regularna, czy późniejsza, jak choćby w przypadku religii. Natomiast z zerówką sprawa się komplikuje i zależy od rasy dziecka, znajomości języka i paru innych czynników. Aha zerówka jest bezpłatna, tzn. w teorii, bo za lokalną Radę Rodziców, czyli PTA zapłacić trzeba.

Zerówka w państwowej szkole działa na dwie zmiany. Nie wiem, dlaczego, ale tak jest ten system zorganizowany. Poranna zmiana, czyli early birds zaczyna się o 8. rano i kończy po 11. Late birds zaczynają o 8.55 i kończą o 14.05, czyli mają godzinę dłuższe zajęcia. Znani mi azjatyccy rodzice już w lipcu radzili zapisać G do szkoły na listę oczekujących na skowronkową zmianę, bo dla nich to ta lepsza zmiana, dziecko już o 8. rano jest w szkole, a potem ma dużo czasu na ćwiczenie matematyki, czytania i inne zajęcia. Znani mi rodzice europejscy, rdzennie amerykańscy i izraelscy oraz ci, których dzieci uczą się w programie ELD (English Language Development) radzili sowy, bo wtedy dziecko słabo mówiące po angielsku jest dłużej w szkole i ma więcej kontaktu ze szkolnym angielskim. Podobnie radzą rodzicom nauczyciele programu ELD.

Przyznam, że bardziej mi zależało na sowach z innego powodu, choć ostatni argument był bardzo ważny. W grupie sów G kończyłaby zajęcia razem z A i mogłabym całą trójkę razem odbierać z jednej szkoły, mimo że będą się uczyć w dwóch różnych placówkach - T i G w rejonówce, a A w szkole z programem ELD. (Na marginesie, T zostaje przepisany z programu ELD do klasy w regularnej podstawówce, co wywołało falę protest songów w naszej rodzinie, bo A jest zły, że będzie w szkole bez brata, G jest zła, że A będzie w innej niż ona szkole, a T chce być w szkole A, bo tam ma kolegów i zna nauczycieli).

Spieszę zatem donieść, że właśnie dostałam list ze szkoły, że G będzie sową, co w jej przypadku jest manną z nieba dla mnie, bo dzieciątko wyjątkowo nie lubi porannego wstawania. Zatem plan jest taki - część męska rodziny wstaje wcześniej i godzinę przed częścią żeńską udaje się do placówek edukujących, a potem do biura, a część żeńska (miejmy nadzieję) wysypia się całe 20 minut dłużej i rusza razem do zerówki. Po lekcjach ja zbieram dzieciaki do domu. Taki miałam sprytny plan i chyba się uda.

sobota, 14 kwietnia 2012
Koniec sezonu koszykówkowego

W końcu moja koza poszła się paść na wiosenne łąki, że się poetycko wyrażę i jestem wolna od koszykówki. Dziecię się odgraża, że w przyszłym roku też grać chce i trener namawiał, chwaląc entuzjazm i ducha sportowego w pierworodnym. Natomiast ja odetchnęłam pełną piersią, bo przez najbliższe miesiące nie będę wysiadywać na wygodnej inaczej ławeczce na hali sportowej lokalnego gimnazjum.

Drużyna juniorów koszykówki przegrała tylko jeden mecz w sezonie. 

Następnym sportem międzyszkolnych zawodów ma być piłka nożna. Zarówno E, mama K, jak i ja, mama T jesteśmy szczęśliwe, że nasi synowie nie są tym sportem zainteresowani. Taka postawa, naturalnie, nie nominuje do matczynego Oscara, ale byłyśmy dzielne przez całą tą wczesną i zimną kalifornijską wiosnę.

czwartek, 12 kwietnia 2012
ADA

ADA to average daily attendance, czyli średnia frekwencja dzienna uczniów w naszym okręgu szkolnym. Od tego zależy dofinansowanie szkoły, która za każdego nieobecnego ucznia traci 33 dolary dziennie. Tym razem szkolna gazetka apeluje do rodziców, używając argumentu finansowego, pt. jeśli twoje dziecko opuszcza szkołę bez powodu i usprawiedliwienia, to szkoła na tym konkretnie traci. Usprawiedliwić nieobecność może choroba i święto religijne, w którym dziecko powinno uczestniczyć.

Uważam, że szkoła ma dużo racji. Skoro dziecko podlega obowiązkowi szkolnemu i rodzic zdecydował się je do placówki edukacyjnej posłać, choć mógł legalnie zgłosić nauczanie domowe na ten przykład, to powinien potomstwu ułatwić solidne i punktualne wypełnianie tego zobowiązania. Tym sposobem dziecię uczy się słowności, szanuje czas swój i czyjś, wie, że jego zobowiązania też ważne. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17